Czasem usiądę i rozmyślam. Jak to przyjemniej by było nie mieć silnego charakteru. Nie być upartą, lecz uległą. Nie walczyć z systemem, tylko dać się ponieść fali. Och, o ile łatwiej by było potakiwać zamiast za każdym razem wyrażać własne zdanie. Po co komu jakiekolwiek argumenty? Życie stałoby się spokojniejsze. Człowiek by się tyle nie denerwował... Jakże bardziej atrakcyjny wydaje się wybór między modnym, a staroświeckim. Dobro - zło to przeżytek. Gdyby tak znów mieć tylu przyjaciół, którym mogłabym mówić tylko i wyłącznie same pozytywne słowa. Same komplementy. Zero rad, przecież to oni wiedzą najlepiej. Poszukałabym też faceta. Najlepiej takiego, co nosi rurki. Odważnego #yolo. I koniecznie takiego, co jest eko i jeździ na rowerze zamiast samochodem. A gdybym znalazła już odpowiedniego faceta na męża, to wzięłabym z nim tylko cywilny. No i tylko wtedy, gdybym była w ciąży. A na pewno bym była, w końcu seks z prezerwatywą jest jak lizanie cukierka przez papierek. Po co ślub kościelny? Religia? Kto wierzy w te bzdury? A jakbym już urodziła, to dałabym dziecku wybrać kim chce być. Nie no, nie chodzi mi o zawód. To poważniejszy wybór - dziewczynka czy chłopiec? Najważniejsze, żeby nie jadło mięsa. Przecież wtedy zabija się te biedne stworzonka! Lepiej je zabrać do domu, żeby nikt ich nie ruszył. Ja bym może do domu wzięła kurę? Tak, biegający po pokoju rosół robiłby wrażenie na moich przyjaciołach. A żeby być jeszcze bardziej oryginalną to kupię sobie bawełnianą torbę ze spersonalizowanym nadrukiem. Co tam może być napisane? "Chcę pokoju na świecie" czy może coś w stylu "equality"?
Teraz każdy chce być jak wszyscy. A ja... Ja nie...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz