Łączna liczba wyświetleń
sobota, 31 października 2015
światełko
Życie pełne jest niespodzianek. Powrotów. Snucia planów. Miejsc nam bliskich. Miejsc dalekich, do których chcielibyśmy pojechać. Wsiąść w auto ciemną nocą i jechać. Przed siebie. Z głośno włączoną muzyką. Zatrzymać się na chwilę w tej ciemności. Rozejrzeć się. Spojrzeć w niebo. Ujrzeć gwiazdy. Te miliony niespełnionych jeszcze marzeń. Niech drogę do nich oświetli jasna łuna księżyca. Chcę zatracić się w ciszy tego miejsca. W jego mroku. Może być zimno, aby skraplał się oddech. Nic więcej nie będzie się liczyło. Ja i Ty. Wyłączone zmysły. Widzimy jedynie nasze dusze. Słyszymy bicie serc. Czujemy delikatną woń. Czujemy słodki smak. Czujemy miękkość skóry. Chciałabym, aby czas się zatrzymał. Tymczasem pędzi nieubłaganie. Nie liczę sekund. Nie muszę. Odmierza je rytmiczne bicie mojego serca. Może trochę oszukuje. Bije szybciej, a za razem spokojniej. Czuję się bezpiecznie. W tym mroku. W tym chłodzie. W tej pustce. Czuję się szczęśliwa. Muszę uważać, aby nie mrugnąć. Bo wtedy to wszystko znika. Za kurtyną sceny, na której jesteś gwiazdą.
piątek, 30 października 2015
być tylko człowiekiem
Październik dobiega końca. Nadchodzi listopad. Coraz szybciej wita nas mrok. Temperatury spadają. Otulam się barwną arafatką. Otulam się ciepłem słów, które nigdy nie padną. Łapię na twarzy ostatnie promyki słońca. Spaceruję jakby wolniej. Chwieję się na obcasach. Tracę sens. Chociaż mam wyrytą drogę do sukcesu, umarła motywacja. O życiu przypomina mi ból w klatce piersiowej. Nie uśmiecham się już do pasażerów w tramwajach. Ostatkiem sił oszukuję tych, co mało mnie znają. Bo czy wypada się przyznać, że nie widzę kolorów na liściach? Odbiegam od perfekcji. Uciekam. W świat muzyki. W świat chorej wyobraźni. Chcę zmian. Chcę się obudzić. Chcę wstać. Odnaleźć Cię. Wyszepcz moje imię. Daj mi podejść. Szybsze tętno... Obejmij. Dotknij dłonią mojego policzka. Daj mi ukojenie. Daj mi zapomnienie. Zaopiekuj się mną.
niedziela, 25 października 2015
jasna łuna
Zmoczone deszczem kocie łby. Wybrukowane ścieżki moich myśli. Oświetla je jasna łuna Łysego. Oświetla je kolorowy neon witryny sklepowej. Tyle miejsc. Tyle ludzi. Gra muzyka. W jednym z lokali na akustycznej gitarze gra jakiś facet. Mogłoby być tak fajnie. Ale dziś wolę ciszę. A tę ciszę może przerwać jedynie Twój głos. Czerwone światło. Przystajemy na chwilę by odetchnąć skażonym spalinami powietrzem. Opowiadamy sobie klatki przeszłości. Snujemy plany. Nierealne. Jest cudownie.
środa, 21 października 2015
śliwka w czekoladzie
Start. Początek. Coś się zaczyna. Cześć. Witaj. Jestem. Kim jestem? Czekoladką.
Jestem słodką czekoladką, rozpływam się w ustach.
Kochanie, podejdź, może trafię w Twe gusta.
Może osłodzę Twój gorzki dzień?
Sprawię, że jawa będzie jak sen...
Rozwinięcie. Czas na poznanie. Siebie wzajemnie. Ja wciąż czekoladką. Ty? Dziś będziesz cukrem-pudrem. Jutro? Jutro serniczkiem. Pojutrze kajmakiem, makowcem, keksem, piernikiem, szarlotką... Szarlotką? Mym słodkim jabłuszkiem.
Ze snu Cię budzi szelest papierka.
Oddaj mi jędzo mego cukierka!
A ja już mniej mam w sobie słodkości,
Miłość jednak wciąż w mym sercu gości.
Ty jabłkiem. A ja? Śliwką. Suszoną śliwką. Ot, pomarszczony, jesienny owoc. Dobiegam do mety.
Zamiast brązu, smutna purpura,
Błyszczący papierek do kosza dał nura,
I choć w tej śliwce cichsza muzyka,
Pamiętaj kochanie, miłość nie znika.
Jestem słodką czekoladką, rozpływam się w ustach.
Kochanie, podejdź, może trafię w Twe gusta.
Może osłodzę Twój gorzki dzień?
Sprawię, że jawa będzie jak sen...
Rozwinięcie. Czas na poznanie. Siebie wzajemnie. Ja wciąż czekoladką. Ty? Dziś będziesz cukrem-pudrem. Jutro? Jutro serniczkiem. Pojutrze kajmakiem, makowcem, keksem, piernikiem, szarlotką... Szarlotką? Mym słodkim jabłuszkiem.
Ze snu Cię budzi szelest papierka.
Oddaj mi jędzo mego cukierka!
A ja już mniej mam w sobie słodkości,
Miłość jednak wciąż w mym sercu gości.
Ty jabłkiem. A ja? Śliwką. Suszoną śliwką. Ot, pomarszczony, jesienny owoc. Dobiegam do mety.
Zamiast brązu, smutna purpura,
Błyszczący papierek do kosza dał nura,
I choć w tej śliwce cichsza muzyka,
Pamiętaj kochanie, miłość nie znika.
wtorek, 20 października 2015
autobus uśmiechu
Przechadzając się po mieście, czy to na uczelnię, czy do znajomych - często się rozglądam. Lubię obserwować ludzi. Słyszeć ich. Chyba jestem jedną z nielicznych osób, którym nie przeszkadza, jak ktoś rozmawia w tramwaju przez telefon o chorobie cioci Zdzisi i tych wszystkich podpisanych umowach na kilkanaście tysięcy. Jest też czas, gdy jedynymi słyszalnymi dźwiękami są rytmy ze słuchawek. Nie zmienia to jednak pragnienia obserwacji. I tak historia z dzisiejszego poranka, gdy w przepełnionym autobusie udało się usiąść na zwolnionym siedzeniu pewnemu panu. Ciemny blondyn, wiekowo pewnie koło 35 lat, z teczką, elegancko ubrany. No, można popatrzeć dłużej. Lubię ten typ mężczyzn - biznesmenów. Kiedy miałam tak z 12 lat marzyłam o mężu, który będzie codziennie chodził w koszuli i pod krawatem, który będzie męczył ludzi tymi wyżej wspomnianymi rozmowami o podpisanych umowach. Akurat ten zauważony podczas dzisiejszej podróży na wydział geologii nie rozmawiał z nikim, ale ukradkiem na mnie także zerkał. Kiedy zauważył, że się podnoszę ku wyjściu, uśmiechnął się do mnie słodko. Nie mogę też zapomnieć o popołudniowej podróży do mamy pracy, kiedy to stojąc w korku, pasażer jadącego sąsiednim pasem Iveco się do mnie uśmiechał i mi machał, ciągle, gdy akurat staliśmy w jednej linii. Takie zdarzenia mam prawie codziennie. Ludzie powinni zarażać się uśmiechem, zamiast negatywnymi emocjami. Ale w tym wszystkim nie wiem czemu mi się przytrafiają takie miłe sytuacje. Rozmawiając z koleżankami, bardzo się dziwią, bo ich to nie spotyka. Czy tylko ja mam odwagę patrzeć ludziom w oczy? Można z nich wiele wyczytać. Szaleję za ciepłym, brązowym, czy także piwnym spojrzeniem. Ale każda barwa zasługuje na chwilę uwagi. Czasem zastanawiam się o czym ludzie myślą. Kim są? O czym marzą? Jakie mają problemy i jak można im pomóc? Nie raz i nie dwa zaczepi staruszka opowiadając w ciągu 5 minut historię swojego życia i jej dzieci, wnuków (mam jednak nadzieję, że moje babcie jednak są bardziej dyskretne). Ale to świadczy o samotności tych ludzi. Tego, że mało kto chce z nimi rozmawiać. Sama mam czasem ochotę podejść do jakiegokolwiek mężczyzny i zacząć rozmowę. W tym wszystkim zastanawia mnie jednak fakt, czemu jestem zauważalna, a przy bliższym kontakcie tracę? Nie boję się i nie wstydzę przyznać, że nie należę do grona lubianych osób. Podstawówka i gimnazjum rządziły się prawami ocen. Kujon był przydatny tylko na sprawdzianach i przy spisywaniu prac domowych. W liceum nie słodziłam koleżankom. Oczywiście, że potrafię kłamać. Ale nie ma to sensu. Chyba istnieją bardziej wyrafinowane rozmowy od stania w kółku i pisku "ojej, ale masz śliczną bluzeczkę! Gdzie taką kupiłaś?". Na studiach nawet nie próbowałam się zbliżać do kogokolwiek. Odpuściłam sobie rozczarowań. Może za dużo wymagam. Może ludzie potrzebują kłamstwa. W sumie sama także go potrzebuję. Lubię usłyszeć lub poczuć, że ktoś mnie potrzebuje. Haczyk? Mam skłonności macierzyńskie wobec niedojd i starych kawalerów. Jak popłynę, to mnie wykorzystują, a ja dźwigam ich problemy na barkach i odruchowo się przejmuję, próbuję pomóc. A chciałabym się czuć potrzebna komuś, kto sobie doskonale radzi. Być dopełnieniem. Dlaczego? Bo także sobie radzę, przynajmniej się staram, a jednak od czasu do czasu pozwalam sobie pomóc. I wtedy wiem, jak mi zależy. Nie bawię się w psychologa, to ciężka działka. Ja tylko patrzę. Szukam w ludziach punktu zaczepienia. Wiem, że jutro także założę słuchawki i stanę na przystanku. Będę szukać zabłąkanych spojrzeń. Porankiem niewyspanych ludzi. Mam misję, aby rozprzestrzeniać uśmiech. Tylko taki, który pozostanie w nich do wieczora.
środa, 14 października 2015
przypadek
Przypadek sprawił, że mam chęć znów tu pisać. Mam powody. W sumie ciągle je mam, lecz z czasem przychodzi jakaś niechęć przelewania tego gdziekolwiek.
Przypadek sprawił, że widziałam dziś swoją pierwszą poważną miłość idącą w biało-pstrokatej kurtce, ze słuchawkami na uszach, na mój przystanek. Jaka była moja radość spotkania. Serce wie, że czas płynie, sytuacja się zmienia, ale pewne rzeczy pozostają niezmienne. Jedną frazą - brakuje mi tego sukinsyna.
Tutaj właśnie pauza na mój uśmiech do monitora. Przewijają mi się wszystkie te miłe chwile. Wspólne wesela, granie w ping-ponga w garażu, obżeranie się pizzą oglądając jakieś durne komedie (grunt, żeby był lektor, bo w połowie i tak zaczniemy się całować), wyjścia na koncerty. Najważniejsze w tym wszystkim było wsparcie. Patrząc przez pryzmat czasu i innych ludzi doceniam jak wiele dla mnie zrobił. Nasza wymiana umiejętności na wielu polach, przede wszystkim ja mu wręczam aparat, on mi gitarę, była czymś niesamowitym. Chciało mi się działać, rozwijać. Teraz aż boli, gdy stoję w miejscu. Zdjęcia tak nie sprawiają radości, gitara pokryta kurzem zagraca mi drzwiczki do komody z ulubionymi swetrami. Robi się zimno, pewnie ją odkurzę i zmieni miejsce. Czy zagram na niej choćby kilka dźwięków?
Było, jak było. Każdą relację witają wzloty i upadki. Teraz leżymy, raczej już nie wstaniemy, a ja życzę powodzenia, kochany, i trzymam kciuki za nową relację z panną, która towarzyszyła Ci przy zarezerwowanym stoliku od 18.
Przypadek sprawił, że udało mi się wyjść na wieczorny spacer z tym, do którego słabość nie słabnie. Starym zwyczajem odwiedziliśmy Park Praski. W końcu witamy go jedynie, gdy jest ciemno i zimno. Czego nauczyło mnie spotkanie? Że można czerpać tak wiele przyjemności z ciszy brązowego spojrzenia. Że można czerpać tak wiele przyjemności z rozmowy o wszystkim i niczym. Ah, i tego, że październik to najwyższy czas na wygrzebanie z szafy rękawiczek.
Przypadek sprawił, że jestem tak bardzo szczęśliwa. Moje zdjęcia pojawiły się w kolejnej, książkowej publikacji. Gdyby nie fakt polecenia mnie w szkole przez biologiczkę, żebym sfotografowała szkolny apel, nie miałabym żadnych, tak ważnych osiągnięć. Tymczasem mogę dostrzec swoje nazwisko pod kolorowymi fotografiami z reportażu.
Przypadek sprawił, że żyjemy. Że doświadczamy małych radości. Że poznajemy ciekawych ludzi. Ale także, że pojawiają się łzy, niekoniecznie wzruszenia. Życie jest w jakimś sensie grą. Pytanie, kto rzuca kośćmi, abyśmy wraz z innymi pionkami szli do przodu?
Przypadek sprawił, że widziałam dziś swoją pierwszą poważną miłość idącą w biało-pstrokatej kurtce, ze słuchawkami na uszach, na mój przystanek. Jaka była moja radość spotkania. Serce wie, że czas płynie, sytuacja się zmienia, ale pewne rzeczy pozostają niezmienne. Jedną frazą - brakuje mi tego sukinsyna.
Tutaj właśnie pauza na mój uśmiech do monitora. Przewijają mi się wszystkie te miłe chwile. Wspólne wesela, granie w ping-ponga w garażu, obżeranie się pizzą oglądając jakieś durne komedie (grunt, żeby był lektor, bo w połowie i tak zaczniemy się całować), wyjścia na koncerty. Najważniejsze w tym wszystkim było wsparcie. Patrząc przez pryzmat czasu i innych ludzi doceniam jak wiele dla mnie zrobił. Nasza wymiana umiejętności na wielu polach, przede wszystkim ja mu wręczam aparat, on mi gitarę, była czymś niesamowitym. Chciało mi się działać, rozwijać. Teraz aż boli, gdy stoję w miejscu. Zdjęcia tak nie sprawiają radości, gitara pokryta kurzem zagraca mi drzwiczki do komody z ulubionymi swetrami. Robi się zimno, pewnie ją odkurzę i zmieni miejsce. Czy zagram na niej choćby kilka dźwięków?
Było, jak było. Każdą relację witają wzloty i upadki. Teraz leżymy, raczej już nie wstaniemy, a ja życzę powodzenia, kochany, i trzymam kciuki za nową relację z panną, która towarzyszyła Ci przy zarezerwowanym stoliku od 18.
Przypadek sprawił, że udało mi się wyjść na wieczorny spacer z tym, do którego słabość nie słabnie. Starym zwyczajem odwiedziliśmy Park Praski. W końcu witamy go jedynie, gdy jest ciemno i zimno. Czego nauczyło mnie spotkanie? Że można czerpać tak wiele przyjemności z ciszy brązowego spojrzenia. Że można czerpać tak wiele przyjemności z rozmowy o wszystkim i niczym. Ah, i tego, że październik to najwyższy czas na wygrzebanie z szafy rękawiczek.
Przypadek sprawił, że jestem tak bardzo szczęśliwa. Moje zdjęcia pojawiły się w kolejnej, książkowej publikacji. Gdyby nie fakt polecenia mnie w szkole przez biologiczkę, żebym sfotografowała szkolny apel, nie miałabym żadnych, tak ważnych osiągnięć. Tymczasem mogę dostrzec swoje nazwisko pod kolorowymi fotografiami z reportażu.
Przypadek sprawił, że żyjemy. Że doświadczamy małych radości. Że poznajemy ciekawych ludzi. Ale także, że pojawiają się łzy, niekoniecznie wzruszenia. Życie jest w jakimś sensie grą. Pytanie, kto rzuca kośćmi, abyśmy wraz z innymi pionkami szli do przodu?
Subskrybuj:
Posty (Atom)