Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 20 października 2015

autobus uśmiechu

Przechadzając się po mieście, czy to na uczelnię, czy do znajomych - często się rozglądam. Lubię obserwować ludzi. Słyszeć ich. Chyba jestem jedną z nielicznych osób, którym nie przeszkadza, jak ktoś rozmawia w tramwaju przez telefon o chorobie cioci Zdzisi i tych wszystkich podpisanych umowach na kilkanaście tysięcy. Jest też czas, gdy jedynymi słyszalnymi dźwiękami są rytmy ze słuchawek. Nie zmienia to jednak pragnienia obserwacji. I tak historia z dzisiejszego poranka, gdy w przepełnionym autobusie udało się usiąść na zwolnionym siedzeniu pewnemu panu. Ciemny blondyn, wiekowo pewnie koło 35 lat, z teczką, elegancko ubrany. No, można popatrzeć dłużej. Lubię ten typ mężczyzn - biznesmenów. Kiedy miałam tak z 12 lat marzyłam o mężu, który będzie codziennie chodził w koszuli i pod krawatem, który będzie męczył ludzi tymi wyżej wspomnianymi rozmowami o podpisanych umowach. Akurat ten zauważony podczas dzisiejszej podróży na wydział geologii nie rozmawiał z nikim, ale ukradkiem na mnie także zerkał. Kiedy zauważył, że się podnoszę ku wyjściu, uśmiechnął się do mnie słodko. Nie mogę też zapomnieć o popołudniowej podróży do mamy pracy, kiedy to stojąc w korku, pasażer jadącego sąsiednim pasem Iveco się do mnie uśmiechał i mi machał, ciągle, gdy akurat staliśmy w jednej linii. Takie zdarzenia mam prawie codziennie. Ludzie powinni zarażać się uśmiechem, zamiast negatywnymi emocjami. Ale w tym wszystkim nie wiem czemu mi się przytrafiają takie miłe sytuacje. Rozmawiając z koleżankami, bardzo się dziwią, bo ich to nie spotyka. Czy tylko ja mam odwagę patrzeć ludziom w oczy? Można z nich wiele wyczytać. Szaleję za ciepłym, brązowym, czy także piwnym spojrzeniem. Ale każda barwa zasługuje na chwilę uwagi. Czasem zastanawiam się o czym ludzie myślą. Kim są? O czym marzą? Jakie mają problemy i jak można im pomóc? Nie raz i nie dwa zaczepi staruszka opowiadając w ciągu 5 minut historię swojego życia i jej dzieci, wnuków (mam jednak nadzieję, że moje babcie jednak są bardziej dyskretne). Ale to świadczy o samotności tych ludzi. Tego, że mało kto chce z nimi rozmawiać. Sama mam czasem ochotę podejść do jakiegokolwiek mężczyzny i zacząć rozmowę. W tym wszystkim zastanawia mnie jednak fakt, czemu jestem zauważalna, a przy bliższym kontakcie tracę? Nie boję się i nie wstydzę przyznać, że nie należę do grona lubianych osób. Podstawówka i gimnazjum rządziły się prawami ocen. Kujon był przydatny tylko na sprawdzianach i przy spisywaniu prac domowych. W liceum nie słodziłam koleżankom. Oczywiście, że potrafię kłamać. Ale nie ma to sensu. Chyba istnieją bardziej wyrafinowane rozmowy od stania w kółku i pisku "ojej, ale masz śliczną bluzeczkę! Gdzie taką kupiłaś?". Na studiach nawet nie próbowałam się zbliżać do kogokolwiek. Odpuściłam sobie rozczarowań. Może za dużo wymagam. Może ludzie potrzebują kłamstwa. W sumie sama także go potrzebuję. Lubię usłyszeć lub poczuć, że ktoś mnie potrzebuje. Haczyk? Mam skłonności macierzyńskie wobec niedojd i starych kawalerów. Jak popłynę, to mnie wykorzystują, a ja dźwigam ich problemy na barkach i odruchowo się przejmuję, próbuję pomóc. A chciałabym się czuć potrzebna komuś, kto sobie doskonale radzi. Być dopełnieniem. Dlaczego? Bo także sobie radzę, przynajmniej się staram, a jednak od czasu do czasu pozwalam sobie pomóc. I wtedy wiem, jak mi zależy. Nie bawię się w psychologa, to ciężka działka. Ja tylko patrzę. Szukam w ludziach punktu zaczepienia. Wiem, że jutro także założę słuchawki i stanę na przystanku. Będę szukać zabłąkanych spojrzeń. Porankiem niewyspanych ludzi. Mam misję, aby rozprzestrzeniać uśmiech. Tylko taki, który pozostanie w nich do wieczora.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz