Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 20 czerwca 2016

deszczowy dzień

Obudzona dźwiękiem deszczu witającego się z moim parapetem otworzyłam oczy. Obok mnie leżał mój ukochany. Mogłam się jeszcze w niego wtulić, by po dłuższej chwili wstać i zrobić nam śniadanie. Bez siły na sprawy uczelniane pojechałam na egzamin. Pytania nie zaskoczyły, były po prostu trudne. Po nim wyszłam łapiąc w drzwiach Piotrka. Zaproponował mi papierosa, zdziwił się, gdy wzięłam. Trzęsącymi się rękoma brałam go do ust. Wyjątkowo mi nie smakował. Pogoda nie sprzyjała długim spacerom. Posiedziałam dłuższą chwilę w domu, za oknem robiło się coraz ciemniej i bardziej mokro. Zadzwoniłam do babci, że przeczekam deszcz zanim do niej wyjdę, na co surowy głos ze słuchawki odparł, że mam po prostu wziąć parasol, bo kluski są ciepłe i nie będzie ich odgrzewać. Poszłam. Rozmowa się nie kleiła, ja zmęczona, niczym zabawkowy piesek na desce rozdzielczej w aucie kiwałam głową. Monolog trwał nakierowany nienawiścią w stronę drugiej babci. Rozkręcała się jak zwykle. Jakieś rutynowe pytania w moją stronę, bez odsłuchu odpowiedzi. W końcu coś jej odpysknęłam, dowiedziałam się, że jestem 'udzielną księżną'. No bywa. Zwłaszcza, że nic od niej nie chce, a jej sprawia przyjemność skakanie wokół mnie. Wyszłam. Jakby na złość mojemu nastrojowi deszcz ustał. W przeciwnym do mojego kierunku szedł chodnikiem Pan z pieskiem. Całkiem przystojny, choć niski. Miał ciepłe, niebieskie spojrzenie. Przypominał mi trochę Roberta, też jakoś po trzydziestce. Uśmiechnęłam się lekko, a Pan się za mną obejrzał. Nie wiedziałabym tego, gdybym też nie spojrzała. Znów nie niewinna, lecz uśmiechnięta weszłam na pierwsze piętro swojej rezydencji. W głębi mnie jednak został jakiś smutek. Rozwieje go ten, który głodny i zmęczony jedzie metrem na Pragę.

środa, 1 czerwca 2016

dziecko

Mija Dzień Dziecka. Jak byłam dzieckiem, miałam tak z 7-10 lat wierzyłam, że mogę być czarodziejką z ulubionego komiksu i tak jak ona władać jakimś żywiołem. Dziś jestem trochę większa, starsza i nie panuję nawet nad swoim życiem. Ot, takie zrządzenie losu. Jestem łatwowierna i wierzę, że będę szczęśliwa. Naiwność pozwala mi ufać ludziom karmiącym mnie sztucznymi komplementami i słowami, które chcę usłyszeć. Aż strach odwzajemniać uśmiechy w autobusach. Ostatnia rozmowa przebiegała w strugach deszczu. Deszcz ten nie ustał, leje wciąż symbolicznie. Co dzień próbuję się leczyć. A rany rozdrapuje przechodząc obok przystanku, na którym ostatni raz rozmawialiśmy, zaglądając do portfela, gdzie trzymam zdjęcie, czy po prostu wsłuchując się w swoje pragnienia. Boże, daj mu szczęście. Daj szczęście temu, kto jest moją karą za wszystkie złamane serca, za wszystkie grzechy. Udaję, że jest w porządku. Nawet czasem moja wyżej wymieniona łatwowierność pozwala mi oddać się tej myśli, że po prostu jest dobrze. Być może i są chwile, gdy tak faktycznie jest. Poznałam nowego, o smukłej sylwetce, o głębokim spojrzeniu, o cudownych policzkach, które uśmiechnięte rodzą uśmiech także na mojej buzi. Takiego, który przenosi mnie mimochodem w niewinne czasy, gdzie nie warto było się niczym przejmować, gdzie można było się powygłupiać, pośmiać. Takiego, który zapala we mnie płomień i dzięki któremu wciąż chce mi się żyć.