Łączna liczba wyświetleń

piątek, 5 grudnia 2014

Królestwo moherowych beretów

Słowem wstępu, bo przecież pierwsza notka tego wymaga, witam wszystkich zagubionych w internetowych zakamarkach, którzy właśnie to czytają. Zamierzam wpisywać tu swoje myśli, które formowane każdego dnia szukają ujścia. Impulsami notek będą wydarzenia z życia codziennego. Nie będę już na początku opisywać siebie. Być może nie jestem nudna, ale nie mam na celu prowadzić "drogiego pamiętniczka". To, jaka jestem, myślę, że wyjdzie właśnie w treściach, także zapraszam do czytania, a lubiących dyskusje także do komentowania.

Z okazji trwającego adwentu wybrałam się dziś do kościoła na mszę roratnią. W ramach informacji dla ateistów i innowierców - msza o wschodzie słońca poświęcona Maryi. Jako dziecko pamiętam jej celebrację. W domu, przed adwentem przygotowywało się lampion. Z kartonu, z kolorowymi witrażami wyklejonymi bibułą, a w środku wycięcie na świecę. Przy tworzeniu pierwszego lampionu nieoceniona była pomoc mojego taty, który pomagał mi go sklejać. Wstawało się o 6 rano, żeby na 7 zdążyć do kościoła. Msza zaczynała się przy wyłączonym oświetleniu, jedynie płomień świec rozświetlał świątynię. Zawsze stawała nas duża grupa czterdziestu dzieciaków przy samym ołtarzu. Równo o 7 szła procesja ministrantów, którą prowadził ksiądz. Po mszy wyzwaniem było donieść światełko do szkoły. Symbolizowało to przekazanie wieści o tym, że czuwamy, że czekamy. Mnie osobiście przynosiło ogromną radość. Dodatkowo moja katechetka przygotowywała dla nas puzzle. Na każdych roratach otrzymywaliśmy jeden fragment, który można było złożyć w święty obrazek. Dziś wchodząc do kościoła przywitało mnie ciepło świec. Podchodząc bliżej ołtarza zobaczyłam, że stoją tam tylko troje dzieci. Nie było barwnych lampionów, nie było magii, jaką pamiętam z czasów szkoły podstawowej. Nawet staruszek z wkładami do zniczy było jakoś mniej. A za księdzem szedł tylko jeden ministrant. Nie czuję się w kryzysie wiary, choć nie jestem specjalnie religijna. Motyw wiary bardzo mnie interesuje, nie tylko chrześcijańskiej, ale każdej. Czym jest klimat adwentu? Czekaniem na narodziny. Kiedy mamy go poczuć, a przede wszystkim przeżywać, jeśli od końca listopada słuchamy "Last Christmas" w centrach handlowych, wgapiając się w pluszowe, tańczące renifery? Motyw świąteczny bardzo szybko nam się przejada, a samo słowo wigilia kojarzy nam się ze sprzątaniem i gotowaniem. Może zamiast latania po sklepach i szukania czegoś na prezent pod choinkę warto by przystanąć na moment i zastanowić się nad sensem świąt. Na pewno wyszydzą mnie tu ateiści. Ale nie chodzi mi o kwestie typowo religijne, ale zwyczajnie moralne. Przygotowanie duchowe ma na celu polepszenie relacji rodzinnych, przyjacielskich, przecież to świecka strona. Podczas przygotowań do świąt znajdźmy czas na rozmowę z bliskimi. Myślę, że zbliżenie kontaktów będzie w przyszłości o wiele lepsze od wymarzonego nawet prezentu. Rzecz nie da nam poczucia wsparcia, ciepła, zrozumienia. Zastanawia mnie ten brak dzieci w kościele. Przecież w wieku 7-10 lat to nie same dzieci decydują o uczęszczaniu na msze, ale ich rodzice. W jakiej wierze wychowywane są teraz dzieci? Obecnie propagowana jest postać brzuchatego dziadka w czerwonym stroju, wykreowana przez Coca-colę. Tymczasem czy ktokolwiek kojarzy kim tak naprawdę był św. Mikołaj? Widzimy Czerwononosego Rudolfa, elfy i śnieżynki, więc po co nam postać świętej rodziny? Brakuje dla niej miejsca w dzisiejszym społeczeństwie tak, jak dwa tysiące lat temu w Betlejem. Na szczęście jeszcze starsze osoby czują ducha prawdziwych świąt, ale niestety, to pokolenie wymiera. Gdy ich zabraknie, obawiam się, że świątynie opustoszeją. Nie dajmy się więc komercjalizacji. Za święta nie mamy płacić pieniędzmi, kupując najdroższe upominki, ale czasem, by poświęcać go innym.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz